Posted by: onajakja on: październik 19, 2008
Zapis jednego powrotu.
Zupełnie odwrotnie niż mój ukochany – Śląsk długo nie chciał wypuścić mnie ze swoich objęć. Próbował różnych perfidnych sztuczek. Najpierw użył swojej mocy w hotelu i omamił recepcjonistkę, która miała mnie obudzić o świcie. Ocknęła się dopiero czterdzieści minut po tym, jak powinna była wykonać telefon, aby wyrwać mnie ze szponów koszmaru o żonie mojego byłego narzeczonego. Spóźniony dzwonek zabrzmiał jakoś nieśmiało – jakby on też uniżenie przepraszał. Ciekawe, ile czasu minęło od chwili, kiedy recepcjonistka uświadomiła sobie swoje niedbalstwo, do momentu, gdy wystukała numer mojego pokoju. Czy się zdenerwowała? I czy spodziewała się, że nie będę miała jej za złe, bo godzina, na którą zamówiłam budzenie, pochodziła jeszcze z innych, dobrych planów. Tych, w których miałam rano w świetnym humorze brać długi prysznic, robić staranny makijaż, kontemplując w lustrze swoją zadowoloną twarz, i skrupulatnie odnajdywać rozrzucone po pokoju zużyte prezerwatywy.
Zamiast tego wzięłam szybki, bardzo gorący prysznic, żeby przywrócić czucie w odrętwiałym z rozpaczy ciele. Dokładnie umyłam cipkę: niech chociaż będzie czysta, skoro nie może być czyjaś. Kilkoma zdecydowanymi ruchami usunęłam te resztki makijażu, których w nocy nie zmyły łzy, nie dręczyłam się myciem zimną wodę opuchniętych powiek – lepiej zamaskowała je cienka linia dobrze kryjącego ciemnego cienia. Pospiesznie zrobiłam makijaż, wiedząc, że czuję się wystarczająco niepewnie, by dokładać sobie zastanawiania się, co oznacza wzrok mijających mnie ludzi. Zrobiłam porządek w pokoju, tracąc kilka minut na wyciągnięcie majtek, niedbale ciśniętych za łóżko, bynajmniej nie w miłosnym szale.
Zeszłam na dół, rzucając udręczonej poczuciem winy młodej recepcjonistce łaskawe spojrzenie i wybaczający uśmiech. Szybkim ruchem wręczyłam jej klucze i wyszłam na zewnątrz, gdzie powinna była już czekać taksówka. Zamówionego pojazdu jednak ani śladu. Postałam przed wejściem jakieś 30 sekund dla przyzwoitości – w końcu jestem dziś miła i bezproblemowa; takie chcę po sobie pozostawić wrażenie, jeśli nie w pamięci mojego kochanka, to choć przypadkowej obsługi hotelowej. Odczekawszy tę chwilę, weszłam i tonem zdecydowanym, acz grzecznym zapytałam recepcjonistkę, czy mogę liczyć na zamówiony transport. Oczywiście, chwileczkę, wyjaśni, zaszło nieporozumienie, moją taksówką odjechał inny gość, ale zaraz, już, za siedem minut samochód przyjedzie i po mnie. I znów mój dobrotliwy spokój, bo termin definitywnego opuszczenia hotelu też pochodził z innych planów, tych, w których nie byłam pewna, czy rzeczywiście droga na dworzec zajmie tylko chwilkę.
Czekając na tę drugą taksówkę dla mnie, pomyślałam po raz pierwszy, że tym razem opuszczenie Śląska przychodzi mi z pewnym trudem. Jakby ta kraina górników i klusek z modrą kapustą stawiała jakiś opór. Szczęśliwie pokonywałam jednak wszelkie przeszkody. Pięknym, rześkim rankiem wkroczyłam na śmierdzący szczynami bezdomnych dworzec kolejowy, aby kupić bilet na osobowy do Katowic. Tym razem Śląsk zmienił taktykę. Zdając sobie sprawę, że nie uda mu się mnie powstrzymać, postanowił sprawiać, żebym z żalem pozostawiała za sobą ziemię ludzi miłych i uczynnych. Żebym odczuła na własnej skórze, że na Śląsku anioły grzeczności i dobrej woli można spotkać nawet pod postacią kasjerek PKP – zwykle opryskliwych i co najmniej nieskorych do pomocy. Miła pani sprzedała mi bilet i z własnej inicjatywy poinformowała mnie, że pociąg mam za chwilę i że odjeżdża on z trzeciego peronu. Poczułam się jak ta dziennikarka z Ukrainy, która przyjechała sprawdzić stan przygotowań Polski do Euro.
Wybiegłam ze śmierdzącej hali niczym uskrzydlona ludzką życzliwością. Dzięki radzie pani z kasowego okienka byłam w Katowicach wcześniej, co bardzo mi odpowiadało, bo tam – mimo że niedziela – mogłam kupić sobie coś pysznego na śniadanie i podróż.
Śląsk czarował mnie nieustannie. A to feerią jesiennych kolorów migających za oknem pociągu do Katowic, a to supermiłym sprzedawcą fornetti, który nie dość, że kusząco, choć nienachalnie zachwalał swoje ciasteczka, to jeszcze życzył mi przyjemnej podróży, mimo żem krawaciara. W zaskakująco ładnym, wyostrzającym wszelkie krawędzie październikowym słońcu nawet widok z megakładki przy katowickim dworcu – zwykle przygnębiająco ohydny – wydał mi się urokliwy. Tania pyszna kawa, tanie ukochane cukierki marcepanowe (skusiłam się też na dwa w kształcie serduszek, z ajerkoniakiem. Mimo że to taki masochistyczny gest kobiety, która nie może liczyć na sweets from her sweet, poprawił mi humor).
Na peron szłam z bólem. Chciałabym całymi dniami łazić po tym dworcu i okolicach, w tym pięknym słońcu, wymieniając tysiące grzeczności ze sklepikarzami. Takie drobne przyjemności, małe uśmiechy są jak plasterki na obolałą psyche. Maciupeńkie opatrunki z mikroskopijną dawką środka przeciwbólowego. Jak się ich zbierze wystarczająco dużo w krótkim czasie, można się wprawić w bardzo przyjemny haj.
Ja, która nigdy nie przepadałam za samotnymi podróżami, przypadkowymi kontaktami z ludźmi, zaczęłam czerpać z tego wszystkiego radość. Może dlatego że na każdym polu mojej aktywności ponoszę ostatnio klęski. A może jestem wrażliwsza na bodźce, teraz, kiedy Opatrzność, której wydatnie pomogłam, pozbawiła mnie całego tego fałszywego poczucia bezpieczeństwa, odarła mnie z kokonu utkanego z najróżniejszych powodów do zadowolenia.
Błogosławiony Śląsk okazał się jednak mściwy. I to też okazało się wspaniałe, bo lepiej się porzuca coś złego niż idyllicznego. W ostatnim akcie doszło do brzydkich scen, precz z cukierkową nostalgią. Widoki widokami, łakocie łakociami, życzliwość życzliwością, piekło i tak muszę przejść.
Gdy podjechał ekspres do Warszawy, poczułam ukłucie zdenerwowania – na większości wagonów nie było tabliczek z numerami. I bez gorączkowego biegania po peronie wsiadanie do pociągu jest dla mnie dość stresujące. Zwłaszcza frustrujący jest ten brak rąk. Brak dwóch rąk, żeby wziąć bagaże i mieć wolne jeszcze dwie, aby móc kurczowo ściskać torebkę, a w drugiej trzymać kubek z kawą, którą się można rozkoszować, będąc już bezpiecznie ulokowaną i beztrosko paląc papieroska. We wsiadaniu do pociągu przeszkadzają również zamykające się drzwi na korytarz, ciasnota na nim panująca i współpasażerowie. Tak, współpasażerowie są właściwie gorsi od braku rąk.
Dziś było wyjątkowo tłocznie i nieprzyjemnie. Zbliżając się do mojego przedziału, usłyszałam podniesione głosy i powtarzające się co rusz słowa “dla palących” i “dla niepalących”. Od razu zrozumiałam, że będzie dym, a raczej że o dymek będzie trudno.
Mała dygresja: Jestem wstrętną palaczką. Staram się być wstrętną palaczką, która nie zatruwa życia innym. Raczę się papierosami wyłącznie w miejscach do tego wyznaczonych. Gdy nie uda mi się kupić miejscówki dla palących, przez całą podróż poskramiam nikotynowy głód. Nie zasmradzam toalet ani korytarzy, tym bardziej nie próbuję palić w przedziale. Nie uważam, że należy mi się z tego powodu jakiś medal – zwyczajnie przestrzegam obowiązujących zasad, kierując się dobrym wychowaniem i/lub strachem przed mandatem.
Tym razem udało mi się zarezerwować miejsce w przedziale dla palących, co mnie bardzo cieszyło, bowiem od dobrych 20 minut przed odjazdem pociągu miałam ochotę w końcu zjeść te fornetti, napić się gorącej kawy i zapalić fajkę. Dołożyć do wszystkich wcześniejszych miłych doznań jeszcze to – najbardziej sensualne. Tak się jednak niefortunnie złożyło, że pozostałe miejsca w moim i sąsiednim przedziale (również prosmokerskim) wykupiła banda debili. Grupa bodaj dziesięciu młodych osób, które nie palą i chyba nie do końca potrafią czytać (np. informacji na bilecie). Oczywiście próbowali wymusić na mnie i innym palaczu z drugiego przedziału, żebyśmy zrezygnowali ze swojego przywileju, bo oni są wtórnymi analfabetami. Bo nie mogą posiedzieć w warsie lub na korytarzu. Bo są tępymi pałami z postawą roszczeniową. Powiedziałam stanowczo, że ja zamierzam palić, choć mogę się ograniczyć. Co wywołało lawinę chamskich tekstów. Co oczywiście jeszcze bardziej utwierdziło mnie w postanowieniu, że podczas tej podróży nie odmówię sobie przyjemności zapalenia.
Nie, nie mogę się przesiąść, bo dla palących w ekspresach przewidziane są tylko dwa przedziały (lub cztery, ale w tym akurat dwa) na cały skład. Nie można też palić na korytarzach ani w przejściach między wagonami, co zresztą znajduję jako logiczne; czemu dopuszczać zasmradzanie miejsc, z których korzystają palacze i niepalacze?
Jadę już ponad godzinę i jeszcze ani razu nie zapaliłam. Mój gest dobrej woli wobec ludzi, którzy na to nie zasługują. Za chwilę jednak zajaram, bo mam nieodpartą ochotę, a przede wszystkim dlatego że nie dam się sterroryzować grupie debili. Ślązaków, niestety. Młodych, bezczelnych, takich typów, których wręcz organicznie nienawidzę. Pseudokulturalnych ludzi, którzy potrafią być bezwględni i dopiec bardziej niż niejeden prostak.
Śląsk na koniec pokazał więc swoją brzydką twarz. Dał mi popalić, próbując odebrać mi przywilej palenia. Mimo to ciężko mi stąd wyjeżdżać. Ten Śląsk, który poznałam i nauczyłam się lubić, wcale nie jest industrialny i szary. To kraina pięknych miasteczek jak Pszczyna i świetnych ludzi jak sprzedawca fornetti czy kasjerka anielica. To kraina dobrego żarcia za grosze.
***
W końcu przez całą drogę wypaliłam tylko jednego papierosa, a właściwie jakąś 1/3 papierosa. Bardziej dla zasady niż z rzeczywistej potrzeby, bo w efekcie tej żenującej sceny i głupich fochów współpasażerów palenie nie sprawiło mi żadnej przyjemności, wręcz wywołało dyskomfort. Paląc, pozbawiłam się z kolei innej przyjemności – napawania się własną szlachetnością wynikającą z robienia dobrze komuś, kto na to nie zasługuje i zrobił mi źle. Chęć wyegzekwowania swoich racji zawsze u mnie wygrywa, niestety.
Warszawa przywitała mnie chmurami. Wychodzi na to, że nawet najsmutniejsza bajka jest ładniejsza od nieciekawej rzeczywistości. A gdy się kończy, to najtrudniejszy do zaakceptowania jest fakt że się kończy, a nie to, że nie było happy endu.
W końcu, odkąd usłyszałam “Uwarzaj”* (CKOD), wiedziałam, że go nie będzie.
*Pisownia zamierzona.
grudzień 14, 2008 @ 12:19 am
:D “Śląsk na koniec pokazał więc swoją brzydką twarz.”
Szkoda, że Pani nie odkryła prawdziwego oblicza Górnego Śląska. Zapraszam do Pszczyny:)