Posted by: onajakja on: wrzesień 5, 2008
Mam dwadzieścia minut na napisanie tej notki. Później muszę iść zmyć farbę, potem golić nogi i cipkę, potem nacierać ciało balsamem, potem regulować brwi. Innymi słowy, dziś wieczór będę przygotowywać się do roli oblubienicy.
To rytuał, który w związku na odległość zaczyna nabierać niemal kosmicznego wymiaru… Zwłaszcza gdy – jak w tym przypadku – oblubieniec nie widział swojej dupy ponad miesiąc. Czy on w ogóle jeszcze pamięta, jak ja wyglądam? Czy nie odzwyczaił się od niezbyt apetycznego brzuszka? No cóż, jak mawia mój kolega, biurko mnie dopadło, a ja jakoś nie mam siły (a prawdę mówiąc i ochoty), aby wyrwać się z jego dewastatorskich objęć. W końcu oblubieniec, cytując Tymona, wyznawał mi kiedyś, że kocha tylko moje cellulitis.
Trudno się starzeć, zwłaszcza ładnej dziewczynie, jaką kiedyś byłam. Zwłaszcza gdy ma się o wiele lat młodszego chłopaka i konkurencję drapieżnych nastolatek dostępnych online i w realu 24/7.
Jednocześnie trudno po męczącym, wkurwiającym tygodniu wykrzesać w sobie entuzjazm na dziki weekend, nawet jeśli zamówiona przez Internet sonda analna z kulkami przyszła w samą porę. Jadąc do domu (czytaj: stojąc w korku), myślałam sobie o tym, jak przygotowywałam się do moich weekendów rok temu, dwa lata temu, pięć lat temu. Co wtedy było najważniejsze? Chyba to, czy i jakie dragi uda się kupić. I czy wystarczy mu kasy na drinki, czy będę musiała udawać, że jestem feministką, żeby nie psuć atmosfery.
Teraz wszystko jest inne. Bywa lepsze. Bywa obowiązkiem. Bywa nudą. Bywa zmęczeniem. Minęło siedemnaście minut, trzeba zmyć farbę.
Najnowsze komentarze