29+

Bluszcz

Posted by: onajakja on: listopad 30, 2008

“Bluszcz” – pismo do czytania. Z ogromnym entuzjazmem i nadzieją przywitałam nowy magazyn dla kobiet. Sięgam od czasu do czasu “Zwierciadło” czy “Twój Styl”, ale wkurza mnie fakt, że płacę blisko dychę za znikomą ilość tekstu i mnóstwo zdjęć z sesji modowych itp. Nie interesują mnie też porady kosmetyczne, fryzjerskie czy seksualne. “Bluszcz” potraktowałam więc jako odpowiedź na potrzeby takich kobiet jak ja, czyli lubiących czytać, ale nieznoszących jałowych dyskusji o szmatkach i szminkach.

Pierwszy numer reaktywowanego “Bluszcza” mnie rozczarował przede wszystkim kiepską jakością tekstów i faktem, że tyle w nim powieści czy też opowiadań w odcinkach. W XXI wieku to chybiony pomysł. Czytam mnóstwo, w ciągu miesiąca co najmniej kilka czy kilkanaście książek, nie licząc różnych artykułów, opowiadań, blogów. Nie miałam złudzeń: po tych paru tygodniach od przeczytania dwóch-trzech stron 1. odcinka nic nie będę pamiętała. I niewiele pomogły ministreszczenia przed drugą odsłoną.

Jedynie opowieść Niezabitowskiej utkwiła mi w pamięci na dłużej. Z pewnością dlatego, że bardzo ciekawa, no i ilość tekstu nie jest mikroskopijna. Jednak i tu przyjemność czytania nie jest pełna. Wkurza mnie niespotykana liczba błędów ortograficznych i interpunkcyjnych. Zajrzałam nawet do stopki redakcyjnej, żeby się upewnić, czy jest tam jakaś korekta. Jest! Okazuje się jednak, że panie korektorki nie wiedzą nawet, jak napisać nazwisko jednej z nich…! Pani Małgorzata Prorok-Kozakowska widnieje jako Małgorzata Prorok – Kozakowska, choć nazwiska dwuczłonowe zapisuje się z dywizem, a nie z myślnikiem…

Cóż, szkoda, że wciąż nie ma na rynku pisma skierowanego do mnie. Kobiety, która czytałaby chętnie teksty nie tylko o kobietach i pisane przez kobiety (grafoman Wiśniewski się nie liczy), kobiety, która czuje się obrażona, kiedy ktoś jej podaje tekst z rażącymi błędami… Szkoda, że “Bluszcz” – tytuł o takiej tradycji – został tak sprofanowany…

Tagi:

In vitro

Posted by: onajakja on: listopad 27, 2008

Łatwo mi wyrazić sprzeciw wobec tej metody leczenia niepłodności, ponieważ nie zamierzam się rozmnażać. Nie mam mężczyzny, który chciałby ze mną wychowywać dzieci, nie mam dość pieniędzy, żeby utrzymać siebie, a co dopiero dziecko. Nawet nie wiem, czy jestem płodna, czy może niepotrzebnie męczę się z gumami, truję pigułkami…

Nie jestem katoliczką, ale za to zbyt wiele powieści science fiction przeczytałam, żeby nie patrzeć z lękiem na to, jak ludzie bawią się w bogów. Ile warte jest życie, skoro dajemy sobie prawo do arbitralnych decyzji o tym, co i kto ma żyć. Czym jest człowieczeństwo, skoro zarządzamy ludzkimi zarodkami niemal tak samo, jak to się dzieje z jajkami w wylęgarni kurczaków?

Skoro stawiamy się na równi ze zwierzętami, czemu za zamęczenie psa nie orzekamy dożywocia? Albo czemu nie usankcjonujemy kanibalizmu?

Dyskusja o refundowaniu in vitro mnie właściwie nie obchodzi. Co prawda nie chciałabym za to płacić, ale właściwie nie ma dla mnie znaczenia, jak rząd zmarnuje moje pieniądze. Żyję w świecie debili, żyję w demokratycznym świecie, czyli świecie rządzonym przez debili, niezdolnych do jakiejkolwiek refleksji etycznej, moralnej. Małpom dano do ręki osiągnięcia najnowszej technologii. Szkoda, że tą brzytwą zabiją nie tylko siebie, ale i cały świat.

A jednak bulwersuje mnie pomysł refundowania in vitro. Pomyśleć, że będę musiała płacić za to, że jakaś głupia cipa, która dla dobra ludzkości nie powinna powielać swoich genów, zabije kilka żyć, aby cieszyć się jednym… Nie, to nie do pomyślenia.

Lektury pornograficzne

Posted by: onajakja on: listopad 26, 2008

Dawno nie pisałam. Na moje usprawiedliwienie powiem, że dużo czytałam. Jakoś tak się złożyło, że powieści głównie pornograficzne. Przypadkiem wpadła mi w ręce książka W jego dłoniach. Kiedyś czytałam o niej na jakimś forum BDSM, więc sięgnęłam po nią z ciekawością, ale srodze się rozczarowałam.

Na okładce W jego dłoniach widnieje zachęcający tekst: “studium sadomasochistycznego związku”. Tylko jedno słowo jest w tym określeniu prawdziwe – “sadomasochistycznego”. Rzeczywiście autorka opisuje relację sadomasochistyczną. Próżno jednak szukać w tej powieści jakiejś pogłębionej analizy tej relacji, nie ma też mowy o jakimkolwiek związku, który by się wykształcił między postaciami z tej książki. Główna bohaterka i zarazem narratorka książki z upodobaniem mówi o opętaniu, złowrogim czarze, jakiemu uległa. Nie rozumie i nie stara się rozumieć mechanizmu, który sprawił, że była w stanie upodlić się, aby zdobyć mężczyznę, którego podniecał jej ból i upokorzenie.

I ta pretensjonalna sceneria. Paryż, śródziemnomorskie plaże, bogactwo i zepsucie. Anoreksja i szpilki. Trochę bardziej hardcore’owa wersja Seksu w wielkim mieście i znacznie nudniejsza – bo bohaterka głupsza i jedna zamiast czterech. Mężczyzna dominujący jest ukazany jak jakiś szatan, zresztą to określenie pada w książce niejednokrotnie. Uległa wcale nie chce być uległą, tęskni za starym dobrym bzykankiem na boku, a tak w ogóle to kocha męża i synka. Zaczyna się interesować dzieckiem przeważnie wtedy, gdy jej sadystyczny kochanek nie dzwoni od kilku tygodni.

Nie ma tu nic z BDSM-owej świadomości własnego ciała i własnych potrzeb, które prowadzi do podjęcia decyzji o całkowitym oddaniu się drugiej osobie. Domin nie bierze odpowiedzialności za kobietę, nad którą ma władzę. Nie dba ani o jej potrzeby, ani o bezpieczeństwo. Bije ją dotkliwie na tarasie restauracji, a potem zostawia na łaskę losu. A ona, kretynka, nadal go pragnie. Bo uwierzyła w to, co jej powiedział – że żaden mężczyzna już nigdy tak się z nią nie obejdzie. Tak jakby chciała, żeby ktoś narażał jej życie i zdrowie. Jakby nie potrafiła znaleźć partnera, który dostarczy jej podobnych emocji, nie niszcząc jej fizycznie i psychicznie.

Świetna książka dla tych, co chcą się utwierdzić w przekonaniu, że całe towarzystwo spod znaku pejcza i obroży to ludzie nienormalni, opętani i niezbyt bystrzy.

Przeczytałam też Życie seksualne Catherine M. To z kolei bardzo mądra lektura, podobnie jak jej autorka. Odnalazłam w niej trochę z własnych emocji i doświadczeń, choć dla mnie seks wypreparowany z wszelkich tabu jest mało podniecający.

A wczoraj wieczorem skończyłam Konające zwierzę. Chciałam przeczytać książkę, zanim zobaczę Elegię. W związku z tym w najbliższym czasie na tym blogu pojawi się tekst o moich piersiach. Tak swoją drogą, zamiast Penelopki w roli Consueli bardziej podobałby mi się ktoś w typie Salmy Hayek. Penelopka nie ma odpowiednich cycków.